Cykl: Nasi przodkowie do nas. Część I: Pierwszy przebłysk świadomości

czyli
,,Jestem kim jestem, chociaż nie wiem, co to znaczy’’

… Budzę się z niebytu nicości, a wszechobecna czerń zmienia się w oślepiające światło świadomości. Nie od razu – powoli. Najpierw promyk, który rozrasta się i nabiera mocy, wwiercając się swoją krzykliwą jaskrawością do środka czaszki. Skąd wiem, że to czaszka, i że ją mam? Unoszę powiekę – co to jest powieka? – Myśli (o ile wiem, czym są) szaleńczo, (nie wiem, co to znaczy) w bezładzie (kolejne nieznane mi pojęcie) miotają się po głowie … I pierwsze pytania  – Kim jestem? Gdzie jestem? Co to wszystko znaczy?

Dwa miliony lat temu, gdzieś w Afryce obudziliśmy się do życia być może z takimi właśnie odczuciami. Budzimy się, aby żyć świadomie (mniej lub bardziej), na tyle na ile pozwala nam nasza ówczesna inteligencja, o której istnieniu nawet nie wiemy. Nieśmiało i z dużą dozą ostrożności zaczynamy rozglądać się dokoła i – właśnie, ciekawe jak szybko zrobiliśmy pierwszy krok w nieznane? Mam wrażenie, że to był ten pierwszy, mały krok człowieka, tak wiele znaczący dla ludzkości.

Zatem ruszamy na poznawanie świata, którego kompletnie nie rozumiemy, który zaskakuje nas na każdym kroku i daje nam kolejne i kolejne lekcje przetrwania. W tych lekcjach ciągle pierwsze skrzypce gra instynkt samozachowawczy, a nie świadoma wiedza. Owszem, przedziera się ona przez podświadome odruchy, ale ciągle jeszcze zachowujemy się jak zwierzęta

Otaczająca przyroda doświadcza nas boleśnie do tego stopnia, że aby przetrwać musimy gromadzić się w większe skupiska osobników – tak powstaje organizacja plemienna. Badamy nasze otoczenie najpierw najbliższe, więc te tereny, na których spędzamy poszczególne pory roku migrując za zwierzętami – odruch instynktu i zdobyte doświadczenie przodków każe nam tak postępować. Przybywa nas, a zasoby niezbędne do przeżycia kurczą się. Czas więc zbadać co się dzieje na „końcu świata”. Zaczynamy wędrówkę do krańca świata (za horyzont) i stwierdzamy, że tu też można żyć – to jednak nie „koniec świata” Uczymy się, po drodze, tej nowej ziemi, zapoznajemy z otoczeniem i żyjącymi tu zwierzętami. Nowy „dom”, chociaż nie używamy jeszcze tego pojęcia. Kiedy przyjdzie zmiana pory roku znowu pójdziemy za zwierzętami i być może nie wrócimy już do tego miejsca. Nie przywiązujemy się więc do otoczenia, bo ważniejsze dla nas jest zapewnienie plemieniu, czy gromadzie środków do przetrwania. Kilka pokoleń później znów musimy udać się za kolejny horyzont – tym razem (mając w pamięci opowieści z minionych lat i wieków) z mniejszą obawą ruszamy przed siebie. Znów uczymy się otoczenia, ziemi i wykorzystujemy to, czego zdołaliśmy się już nauczyć. Mija tak kilkanaście tysiącleci a może i kilkaset, przez które w sposób niezmienny uczymy się, przekazujemy wiedzę nowym pokoleniom, wędrujemy, znów uczymy się i znów przekazujemy wiedzę…

Zaludniając Afrykę nie zdajemy sobie sprawy z tego, że od pewnego momentu każda nowa wędrówka to wyprawa poza rodzimy kontynent – wkraczamy do Azji przez Półwysep Arabski. Rozpoczęliśmy coś, co Wy w XX wieku nazwiecie exodusem azjatyckim. Nie mamy o tym pojęcia – po prostu wędrujemy w poszukiwaniu nowych miejsc do życia. Kolejne lata mijają i wędrujemy, na wschód i na północ, aż docierając do międzymorza (pas ziemi między Morzem Czarnym a Kaspijskim), nie zatrzymując się. Z pokolenia na pokolenie obserwujemy dziwne zmiany – nasza skóra jakby zjaśniała, przestała być ciemna, chociaż nie jest to najpilniejsza obserwacja, jaką poczyniliśmy, bardziej skupiamy się na obserwowaniu zwierząt. Czy nasi bardzo dalecy już krewni, którzy pozostali w Afryce też obserwują takie zmiany? A może im skóra pociemniała jeszcze bardziej?

Znów opanowujemy zasady dyktowane przez nowe otoczenie. Instynktownie uczymy sie korzystać z zasobów przyrody, chociaż często przypłacamy nasze błędy głodem i śmiercią. Ciągle więc nabieramy doświadczenia wysokim kosztem, mimo tylu wieków doświadczeń.

Niezauważenie dla nas, wkraczamy na kontynent europejski jakieś pół miliona lat przed Wami. Jak do tego doszło? Wędrowaliśmy – jak wyżej już powiedziałem – zaludniając ziemię azjatycką, po drodze zbaczając właśnie w kierunku Europy. Czy już wtedy gnała nas ciekawość i świadomie wybraliśmy ten kierunek? Czy może ciągle naszymi losami rządził przypadek? Zgadujcie!

Będziecie się domyślać, co powodowało kierunki exodusów azjatyckich i wskażecie proste trasy lądowe, niewymagające czasu i specjalnych środków jako te, które były naszym wyborem. Owszem, właśnie tak wędrowaliśmy – unikając przeszkód w postaci mórz, jezior czy gór, które zniechęcały nas jeszcze do eksploracji w większym stopniu, niż łowienie ryb, czy wypraw na polowania w lasy na stokach górskich. Nie chcemy pokonywać łańcuchów górskich i nie mamy marginalnych pomysłów na zdobywanie szczytów dla samego ich zdobycia – jak Wy obecnie, macie to w zwyczaju.

Docieramy do krańców Półwyspu Iberyjskiego i napotykamy przeszkodę – cieśninę, której nie da się pokonać. Nie szukamy sposobów przeprawy, tylko zawracamy i podążamy na wschód, północ i południe – jak zawsze, wybierając proste i łatwe szlaki. Teraz wracając, spotykamy tych, co zostali i nie musieli (lub nie chcieli) zmieniać miejsca. Opowiadamy więc im co widzieliśmy, a oni opowiadają nam, co nas czeka w ich okolicy. Ruszamy dalej i dalej, aż do czasów gdy odkrywamy rolnictwo i możliwość tworzenia zapasów w taki sposób, by przetrwać niekorzystne pory roku bez migracji za zwierzyną. Mimo wszystko, część z nas ciągle wędruje i nasze plemiona stale się mieszają, wymieniając zdobytą wiedzą. Zachodzi swoista wymiana barterowa, chociaż nie wiemy jeszcze, co to takiego.

W tych wędrówkach, gdzieś po drodze zaczynamy używać różnych przedmiotów, aby coś wytworzyć lub przerobić – to te pierwsze narzędzia, które Wy teraz wykopujecie chwaląc się znaleziskami. Pomyślcie, przy takich okazjach, ile nas kosztowało dojście do tego, że tym można się posłużyć i ile pracy poświęciliśmy na wytworzenie takiego przedmiotu. Właśnie – odkryliśmy to przez przypadek, czy usilnie nad tym rozmyślaliśmy? Odpowiedzi na to pytanie raczej nie poznacie. Możecie tylko wyobrażać sobie jak do tego doszło. Nie mniej jednak, zaczynamy rozumieć czym jest narzędzie, chociaż jeszcze tego nie nazywamy po imieniu. Narzędzia się zużywają i niszczą, czasem nawet ’’znikają’’ – no cóż, gubienie i kradzieże już nam towarzyszą i nie jest to zjawisko Waszych wieków. Po czasie trzeba te narzędzia czymś zastąpić, więc szukamy czegoś podobnego. Może właśnie te poszukiwania przyczyniają się do tego, że zaczynamy usilnie odtworzyć nasze owe narzędzia? Zdobywamy kolejne umiejętności – tym razem „produkcyjne”.

Gdzieś między Afryką, a Europą (a może już w Afryce), pojawia się kwestia sił nadprzyrodzonych – wiatry, pioruny, słońce, noc, czy niekorzystne pory roku, które zaczynamy czcić jak bogów. Skąd nam przyszło to do głowy? Zawsze były tylko dwa źródła wierzeń, o czym Wy zapomnicie – radość, że coś się udało i strach przed nieznanym. Zaczynamy błagać bogów o przychylność i opiekę – może to śmieszne, może będziecie nas za to ganić, ale czy wy w XX wieku nie będziecie równie zabobonni, co my teraz? Rytmem naszego życia duchowego i cielesnego rządzi Słońce, to ono daje nam tą życiową siłę i chociaż nie rozumiemy – dlaczego? to jednak wiemy, że mamy rację.

Ani się obejrzeliśmy, jak weszliśmy w epokę kamienia, potem brązu, a jeszcze później żelaza. Stopniowo zaczęliśmy hodować zwierzęta, uprawiać pola i produkować narzędzia. Będziecie nas nazywać ludami ceramiki wstęgowej, potem plemionami pucharów lejkowatych i wymyślicie dla  nas jeszcze wiele podobnych nazw – to miłe. Zostawiamy po sobie kopalnie krzemienia i to, co wytworzyliśmy własnymi rękami. Docierają do nas Celtowie i … odchodzą na południe i wschód. Jesteśmy już tak zorganizowani, że ci – którzy zostają – muszą się z nami asymilować. Celtowie przynoszą wiedzę o obróbce metali brązu, zaczyna się prasłowiańszczyzna, którą zapoczątkowała Kultura Łużycka. Tak ją nazwaliście, bo na Łużycach natknęliście się na pamiątki po nas. Najazdy i walki skutkują upadkiem kultury łużyckiej – stajemy się Słowianami. Ta świadomość daje nam poczucie jedności, ale tylko w ramach poszczególnych plemion. Zaczynamy dzielić się na Słowian Wschodnich i Zachodnich, a podział przebiega wzdłuż osi (północ-południe) rzeki Bug. Wraz z początkiem słowiańszczyzny powstają pierwsze nazwy geograficzne rzek, jezior czy osad. Wisła, Wkra, Wda to nazwy funkcjonujące już przed waszą erą. To my je tak nazwaliśmy długo przed Piastami, którym przypiszecie później powstanie pierwszych nazw osad. Zatem już jesteśmy – jeszcze rozdrobnieni na plemiona Wiślan, Polan, Pomorzan, Ślężan itd., ale już figurujemy – jako Słowianie. Wydzieramy puszczom tereny pod uprawy i zaczynają o niektórych z nas mówić Polanie. Nie jest to nazwa zarezerwowana dla jednej grupy plemion słowiańskich …

Do tej pory wypalaliśmy lasy, sialiśmy zboża, a po zbiorach odchodziliśmy. Kiedy zrozumieliśmy, że takie pola można wykorzystać wielokrotnie zaczęliśmy o nie dbać. Taka ewolucja miała miejsce w całej Europie, a tych, którzy najszybciej się tego nauczyli nazwano Polanami. Nam ta nazwa pozostała, a Wy korzystacie z niej do dziś, czemu? Może dlatego, że byliśmy najwytrwalsi i z większą „miłością” podchodziliśmy do miejsc, w których mieszkaliśmy?

Nie jesteśmy agresywni i nie szukamy podbojów, nie znając jeszcze czegoś takiego jak ustrój państwowy, wchodzimy w Epokę Rzymską i zaczyna się dążenie poszczególnych plemion do dominacji nad pozostałymi – jednak nie jest to jeszcze ustrój społeczno-polityczny. Handlujemy z Republiką Rzymską i innymi cywilizacjami rozwiniętymi politycznie. Ciągle się uczymy świata z dala od problemów wielkich cywilizacji i od problemów mocarstw. Państwowość, władcy i rządy występują u nas na poziomie plemienia, a warstwa „możnych”, budujących swój stan posiadania na wspomnianym już handlu, dopiero zaczyna się wykształcać. Tak, szlak bursztynowy i inne szlaki handlowe dawały nam nie tylko korzyści majątkowe, przynoszą również kulturowo-społeczne i gospodarcze nowinki.

Więc wyszliśmy z Afryki i przewędrowaliśmy przez Azję, aby po wielu wyrzeczeniach, walkach z przeciwnościami losu, ciągle udoskonalając i wzbogacając swoje umiejętności osiąść w Europie. Zaczęliśmy organizować się w plemiona, a nawet zaczynamy budować zalążki podmiotowości polityczno-społecznej. Cóż dalej? Dalej już tylko rozwój i wejście w świat polityki, intryg i sojuszy, ale o tym opowiem innym razem.

Niniejszy artykuł nie jest dokumentem naukowym ani pracą naukowo-badawczą.
To moja opowieść, opowieść o tym skąd się wzięliśmy w Europie.
Opowiadam to, co przeczytałem w literaturze przedstawionej poniżej
stawiając pytania, na które na ogół nie udzielam odpowiedzi, 
a jeśli już to zdawkowe i umożliwiające czytelnikowi poszukanie własnych.

Literatura

[1] Jasienica P., 1966: Polska Piastów, Wydawnictwo PIW, Warszawa
[2] Więckowski W., 2002: Out-of-Africa Exodus, Rozprzestrzenianie się hominidów we wczesnym i środkowym plejstocenie, Światowid 4 (45)/Fasc.B, 243-248, Wydawnictwo Uniwersytetu Warszawskiego, Warszawa

Tryptyk ,,Nasi przodkowie do nas”:

Część pierwsza – Pierwszy przebłysk świadomości, czyli ,,Jestem kim jestem, chociaż nie wiem co to znaczy
Część druga – ,,Jesteśmy Słowianami, czyli dlaczego dziś mówicie po Polsku
Część trzecia – ,,Słowiaństwo, albo tożsamość polityczno-państwowa, czyli zmiany, które bolą – zrobiliśmy to dla Was

Krzysztof Różycki
Stworzone w ramach iSAP – Słowiańska Agencja Prasowa
CC BY – SA 3.0