Śnić codzienność ‒ recenzja ,,Kraboszek” Barbary Piórkowskiej

Wstyd przyznać, ale Kraboszki to pierwsza książka Barbary Piórkowskiej, która wpadła mi w ręce. Piszę o tym na początku nie dlatego, żeby się pokajać, ale dlatego, że to dla samej książki zdaje się być dość ważne. Barbara Piórkowska to pisarka prozy, ale też poetka. Choć biorąc pod uwagę konstrukcję Kraboszek, mam czasami wątpliwości natury gatunkowej.

Tytuł: Kraboszki
Autorka: Barbara Piórkowska
Rok: 2020
Wydawnictwo Marpress
Liczba stron: 253
Okładka: miękka

A zacząć mogę już od tytułu, który wydaje się być grą samą w sobie. Kiedy usłyszałam pierwszy raz ten tytuł i przeczytałam, o czym jest książka, pomyślałam, że może to jakieś wymyślne nawiązanie do choroby? Bo Kraboszki mówią przecież o walce z rakiem, a od raka do kraba, to już nie tak daleko… zarzućcie mi ignorancję i nie będziecie się mylić! Bo przecież kraboszki to nie słowo zmyślone, a pochodzące z kultury słowiańskiej i oznaczającej maski, które zakładano w czasie obrzędu Dziadów (tak w telegraficznym skrócie, bo o słowiańskich obrzędach związanych ze śmiercią, można i napisano wiele nie tylko artykułów, ale i książek), tj. święta zmarłych. Kraboszki więc, samym tytułem, odnoszą się do kultury słowiańskiej. Jednak nie tej powszechnie znanej, a wymagającej już pewnej wiedzy i zgłębienia tematu. To powinno być ostrzeżenie co do tego, jak tę książkę czytać. Załapali/łyście? Spokojnie, ja też nie!

Pierwsze rozdziały czytałam, rozkoszując się zapachami, smakami i zmysłowością, które biły z każdego zdania. Zwłaszcza rozdział „Typical Mieszko”, ten w którym robią przetwory, zapadł mi w pamięć jako przesiąknięty zmysłowością. Ale może to były promienie późnego, lipcowego słońca, które rozgrzewały papier i otaczający mnie park? Bo widzicie, tak to jest z poetyckimi opisami, że odbieramy je nadzwyczaj subiektywnie. Ten rozdział już zawsze będzie mi pachnięć wyobrażonymi wekowanymi pomidorami, tak jak „Dom Mokoszy” będzie mi pachniał wilgotną, ciemną ziemią.

Tyle, że tak się nie da przeczytać ponad 200 stron. Naprowadziło mnie na to pojawienie się Rodzanic, choć jeszcze sama sobie nie ufałam i chciałam wierzyć, że klucz zmysłowości jest tu wszystkim. Rodzanice zjawiają się na samym początku opowieści i wieszczą śmierć, o której od pierwszych stron wiemy, że nie nadejdzie. Jednak to wieszczenie to nie chwila podniosła ‒ jak w wielu tekstach o heroicznej walce z chorobą ‒ ale ot, banał życia, nić się skończyła i nie mają co tkać…

I tu był mój pierwszy kubeł wody i pierwsze skrzywienie ust. Bo widział ktoś Rodzanice jako tkaczki? To nie Parki, ani Norny ‒ choć te były prządkami ‒ myślałam sobie. Je ze świecami można przedstawić, ale tak w uwalonych dresach i z nićmi? Nie ma to jednak znaczenia, jak i wiele odniesień do kultury. Odniesienia te są liczne (a blokerska Lola ‒ na wpół istniejąca towarzyszka głównej bohaterki ‒ która zamienia się w Ładę, zachwyca mnie niezmiennie przez całą powieść) jednak odniesienia te są dość płytkie, na tyle, by każdy mógł je przeczytać tak, jak chce. Nie, nie zarzucam tu płytkości czy powierzchowności Autorce! Po prostu odniesienia, których używa, mają raczej wzbudzić emocje, niż skłonić do pogłębionej analizy, którą ze swoją skromną wiedzą usiłowałam przez dość długi czas robić. Tak na przykład Mieszko odnosi się do historycznego króla, który wiernością nie grzeszył, ale jeśliby szukać przeniesienia jeden do jednego zdarzeń historycznych na zdarzenia w tekście ‒ nie, nigdy nie o to chodziło, a ja weszłam w ślepy korytarz i waliłam głową w mur.

Poetka codzienności ‒ jak opisuje autorkę Magdalena Grzebałkowska ‒ to najlepszy opis tego, co Autorka robi z doświadczeniami własnej choroby. Bo, o tym jeszcze nie wspomniałam, walka z chorobą nie wzięła się znikąd, a odnosi się do jej prywatnych doświadczeń. To czuć na każdej stronie, bo przeżywania rzeczywistości, tak bardzo indywidualnego, nie da się całkiem zmyślić. Nie tylko dlatego, że bohaterka ma głębię i nieważne, czy się ją lubi, czy nie, nie można odmówić jej autentyczności. To jednak o niczym jeszcze nie świadczy, bo wiele jest wiarygodnych bohaterek na łamach wielu tekstów. Jednak odniesienia kulturowe, do których tylko częściowo, jako osoby czytające, mamy dostęp, świadczą o tym niezmiernie.

Nie mogę się zdecydować czy brak dostępu do niektórych odniesień kulturowych jest zarzutem, czy nie. O czym mówię? Tak na przykład, gdyby nie Marta Mizuro i jej I dlatego list ten do was piszę opublikowany na łamach Odry (Odra nr 6/2020, s. 110-111) nawet do głowy by mi nie przyszło, że „Dom Mokoszy” to rzeczywiste miejsce, w którym odbywały się warsztaty, m. in. takie o tworzeniu kraboszek… Dla mnie było to odniesienie jedynie do lasu, do bliskości, jaką bohaterka odczuwała z naturą, z czarnym, wilgotnym łonem bogini. Nie było żadnej wskazówki, że mowa jest o czymkolwiek innym. Zresztą, jestem pewna, że tego typu prywatnych odniesień w książce jest o wiele, wiele więcej, a nie będąc detektywką z lupą, która biografię i wywiady z autorką zna na pamięć, nie będę w stanie ich nigdy odczytać. I dobrze, nie potrzebuję tego, by chłonąć afirmację ciała i cielesności, jaka z tej książki płynie… By rozumieć ją z moimi własnymi odniesieniami kulturowymi.

Wróćmy jednak do chorowania ‒ ono jest ostatecznie tematem tej książki. Chorowanie, nie choroba, bo nie o samą chorobę tu chodzi, ale o proces, który ona rozpoczyna. Wraz z bohaterką wchodzimy w świat słabości, samotności, szpitalnego uprzedmiotowienia, osobowości oraz ciał zeszpeconych i zohydzonych. Wchodzimy też w rzeczywistość, w której bohaterka widzi istoty wprost ze słowiańskich wierzeń: Rodzanice, Kikimorę czy Lolę, jedyną koleżankę, która ją w tym szpitalu odwiedza. Oniryzm tej książki ociera się o realizm magiczny, czystą fantastykę, a może po prostu urojenia bohaterki? Przez całą książkę nie dostajemy odpowiedzi, czym są postaci wprost wyjęte ze słowiańskich wierzeń (tak mi bliskich!), bo z jednej strony wpływają na rzeczywistość, z drugiej ‒ matka głównej bohaterki ich nie widzi, nie doświadcza. Kontakt z nimi ma tylko nasza bohaterka. Może to przez tę maskę, którą wkłada w pierwszych słowach Księgi Wejścia i nie ściąga już nigdy. Tak, możemy tylko zgadywać, co to za maska, ale ja już chyba wiem…

Pisałam wcześniej, że „nie ważne, czy się ją lubi, czy nie” ‒ bo są momenty, kiedy ja strasznie bohaterki nie lubię. Bo chociaż choruje, to jest też złośliwa i opryskliwa. Powiecie, że osoba chora może sobie na to pozwolić. Zwłaszcza, gdy myśli, że umiera. Nie przeczę. Nie sprawia to jednak, że tę bohaterkę polubię, nie sprawia, że ktokolwiek ją w szpitalu odwiedzi i zmniejszy samotność. Te szpitalne rozdziały, choć fascynujące, były najcięższe do przebrnięcia. Może to przez sierpniowe słońce, pod którym je czytałam, ale męczyły mnie niesamowicie, chociaż już nie próbowałam analizować każdego niezrozumiałego odniesienia. Ilość smutku i lęku, która od nich bije, zwyczajnie przytłacza i napełnia serce rozpaczą.

Ale teraz, gdy zaglądam do poszczególnych rozdziałów, chcę zacząć pisać rytmem Autorki, z jej bezpretensjonalnym stylem, lekkością metafor i emocjami przebijającymi z każdego zdania.

Księgę wyjścia przeczytałam jednego wieczoru. Z zachwytem.

To trochę dziwne, co nie?

Ale właśnie o to w tej książce chodzi, o język, który Czytelniczkę/ka oblepi, który pokaże świat bohaterki jej oczami, pokaże najczarniejsze fragmenty osobowości i oświetli dobrocią z wiosennych rozdziałów. Bo chociaż ta książka zdaje się mieć swoje zwieńczenie i podsumowanie w „Koniec. Archeologia ostateczna”, to jej sensem nie jest opowiedziana tu historia, ciąg zdarzeń, ale wszystko to, co pomiędzy. Co ukryte w języku, własnym i oryginalnym języku autorki, ale też to, co językowi się wymyka, co przekazać można w niezrozumiałych odniesieniach, w niewytłumaczalnym oniryzmie, który kształtuje świat bohaterki. Nasz świat. Bo czy każda z nas, czy każdy z nas nie śni swojego świata takim, jakim go widzi? My poznajemy sen bohaterki. Sen o chorobie, o prozie codzienności z chorobą, o magii, o naturze, o tym, czego choroba może nauczyć. A tym czymś jest miłość do samej siebie, do swojego ciała, niezależnie od tego, czy jest chore czy zdrowe. Bo każda i każdy z nas zasługuje na miłość własną.

Z takimi myślami Księga Wyjścia mnie zostawiła. Czy więc dziwi, że ją połknęłam?

Wciąż nie wiem ile z tego, co napisałam, jest pod adresem tej książki zarzutem, a ile uwielbieniem. Zdaje się jednak, że sprawie sobie tę masochistyczną przyjemność i spróbuję wrócić do autorki, by lepiej poznać jej świat w innych opowieściach. Bo świat ten wydaje się fascynujący, choć z całą pewnością nie jest przyjemny.

Okładka książki ,,Kraboszki”, źródło: www.marpress.pl

Książkę można zakupić na stronie wydawnictwa:  KUP KSIĄŻKĘ

Autorka artykułu: Karolina Zwierzyńska
W ramach iSAP – Słowiańska Agencja Prasowa
CC- BY- SA 3.0