Alternatywne uniwersum przesiąknięte duchem słowiańszczyzny – recenzja powieści ,,Strażnicy Starego Lasu” Grzegorza Gajka i wywiad z autorem

Jeśli po przeczytaniu powieści od razu szukasz kontynuacji, to dobry znak. Ale kiedy dla książki robisz specjalne miejsce na swojej półce, wiesz, że trafiłeś na prawdziwą perełkę. Właśnie tak „Strażnicy Starego Lasu” trafili do pierwszej piątki moich ulubionych powieści młodzieżowych. Sprawdźcie, czy trafią również w Wasze gusta.

Tytuł: Strażnicy Starego Lasu. Księga Pierwsza. Biała Wieża
Autor: Grzegorz Gajek
Rok: 2019
Wydawnictwo Jaguar
Liczba stron: 351

Równowagę i ład panujące w Starym Lesie zaburza pojawienie się tajemniczej mgły. Rośliny umierają, zwierzęta zaczynają chorować, o co strażnicy lasu obwiniają ludzi. Tylko żyjący z dala od swoich pobratymców młody leszy Lelek postanawia sprawdzić prawdziwą przyczynę nadchodzącego zła. Okazuje się, że poprzedził go upadek siedmiu gwiazd. Bohater chce uratować znany sobie świat, dlatego wyrusza w podróż, która na zawsze zmieni jego życie. Trafi do niezwykłych miejsc, spotka przerażające istoty i dokona heroicznych czynów, a to wszystko z pomocą przyjaciół – uroczej zielarki Modraszki, walecznego skrzata Fafkela i nieustraszonego Mojmira.

POWIEŚĆ (NIE TYLKO) DLA MŁODZIEŻY

Książka Grzegorza Gajka określana jest jako powieść dla młodzieży i trudno się z tym nie zgodzić, jednak trzeba w tym miejscu dodać, że dorosły czytelnik dostrzeże w niej nawiązania, tropy i smaczki, które tę lekturę czynią  naprawdę wyjątkową.

Powieściowe uniwersum to majstersztyk. Autor na bazie mitologii słowiańskiej, czerpiąc z klasyki literatury fantasy, tworzy całościowy, intrygujący świat z oryginalnymi bohaterami, lokacjami, zależnościami i relacjami. Stary Las to mikrokosmos rządzący się świętymi prawami. Znajduje się w nim Biała Wieża – połączenie między światem podziemnym, ziemią i niebem, Mateczne Drzewo złożone ze współistniejących lipy i dębu, święte ścieżki. O równowagę i wzajemny szacunek dba w nim rada zwierząt, a straż pełnią leszy. Sfera sacrum w tym świecie ma ogromne znaczenie, podobnie jak szacunek dla przyrody, która staje się jednym z bohaterów. Mamy bowiem w Starym Lesie drzewa – dęby, lipy, wierzby, sosny, z których każde ma odmienne znaczenie i symbolikę. Są też zwierzęta, wśród których najbardziej zachwyciła mnie wielość ptaków – sowa, drozd, rudzik, kos, świergotek, lelek kozodój – je wszystkie spotkamy podczas podróży przez Stary Las.

LELEK, MODRASZKA, FAFKEL, MOJMIR

Mocną stroną powieści jest kreacja głównych bohaterów. Każdy ma swoją historię, zwyczaje, zalety i wady, co sprawia, że od pierwszych stron czujemy z nimi niezwykłą więź. Autor zadbał też o zróżnicowanie językowe postaci – każda z nich mówi nieco inaczej, używa odmiennej składni i leksyki. Przywołajmy tu choćby Mojmira, który w chwilach szczególnych emocji wykrzykuje: „Perunie, Swetowicie” czy często zadawane przez malutkiego Fafkela pytanie „Co to takie?”.

W powieści znajdziemy też językowe smaczki takie jak pomgłać, rozchwierutać, gamajda czy osielstwo. Niby drobiazg, ale dzięki niemu uważny czytelnik doceni dbałość o szczegóły i językową biegłość autora.

Wartka akcja nie pozostawia miejsca na nudę. Pojedynki, pościgi, walka z czasem i strachem, a nawet motyw labiryntu sprawiają, że książkę czyta się z zapartym tchem. Nie ma w niej oczywistych rozwiązań i utartych ścieżek, co jest ogromną zaletą tej publikacji.

SŁOWIAŃSKIE INSPIRACJE

Wszyscy miłośnicy motywów słowiańskich nie będą zawiedzeni, bowiem całe uniwersum przeniknięte jest słowiańskim duchem. W powieści pojawia się para boskich przeciwników – Wędrowca i Pieśniarza (Czarnobóg i Białobóg), imiona bogów ze słowiańskiego panteonu (Perun, Swetowid (w takim brzmieniu)) oraz istoty z bestiariusza takie jak leszy, skrzaty czy karły.

UNIWERSALNE WARTOŚCI

Powieść Grzegorza Gajka to uniwersalna historia o współczesnych problemach, która przedstawia świat wartości pięknych, mądrych i szlachetnych. Odnajdziemy w niej motyw dobra, ekologii, przyjaźni i pierwszej miłości, która rodzi się w sposób tak subtelny, że aż zachwycający. Podobnie jest z motywem dorastania bohaterów i związanymi z nim problemami – łamaniem zakazów, formowaniem się własnych przekonań czy dostrzeżeniem, że nie wszystko jest czarno-białe.

Autor nie narzuca czytelnikowi interpretacji, ale zaprasza go do swojego świata i pozwala się w nim dowolnie rozejrzeć, zachwycić jego pięknem.

NA ZAKOŃCZENIE

Jeśli chcecie przeżyć wspaniałą przygodę z grupą świetnych przyjaciół, zwiedzić ciekawe miejsca, spotkać istoty z bestiariusza (à propos – ilustracje książki stworzył Witold Vargas!), a do tego pośmiać się i wzruszyć, koniecznie sięgnijcie po tę powieść. Polecam gorąco!
Okładka książki: ,,Strażnicy starego lasu”, źródło: www.wydawnictwo-jaguar.pl
Książkę można zakupić na stronie wydawnictwa KUP KSIĄŻKĘ

Wywiad z Grzegorzem Gajkiem, autorem powieści „Strażnicy Starego Lasu”

A.J.: Jak zaczęła się Pana przygoda z literaturą? Czy pamięta Pan swoje pierwsze lektury?

G.G.: Moja przygoda z literaturą zaczęła się od dziadka, który czytał mi do snu powieści z uniwersum „Gwiezdnych Wojen”. Od najmłodszych lat, jeszcze od czasu przedszkola, byłem oczarowany fantastyczną wizją filmową George’a Lucasa. Przeszkadzało mi w niej tylko to, że jest tego wszystkiego zbyt mało. Pamiętam, że już mając pięć czy sześć lat wymyśliłem dziewięć kolejnych epizodów sagi i wmawiałem kolegom, że w Ameryce dawno je nakręcono, tylko nie dotarły jeszcze do Polski. Naturalnie, kiedy się dowiedziałem, że istnieją też książki, musiałem je mieć. I nieważne, że jeszcze nie do końca odróżniałem „F” od „Ł”. Tak to się zaczęło. A potem przyszła kolej na rzeczy, które mogłem czytać sam – „Kubusia Puchatka”, „Plastusiowy pamiętnik”, „Muminki”. Wszystko, w czym była odrobina magii. W którymś momencie porwałem się też na „Lwa, czarownicę i starą szafę”, ale wyszedł z tego trochę falstart. Historia mnie przerosła i jakoś nigdy już do niej nie wróciłem.

A.J.: Które książki wywarły na Panu szczególne wrażenie, zachęciły do dalszych literackich podróży?

G.G.: Bez wątpienia najważniejszą książką w moim życiu był „Władca Pierścieni”. Przypominam sobie, że wszyscy mi mówili, że to takie długie, takie ciężkie. Nikt nie był w stanie przez to przebrnąć – ani moi rodzice, ani znajomi z harcerstwa. Miałem wtedy jedenaście lat i połknąłem całą trylogię w dwa tygodnie. I nagle nic już nie było takie samo. „Gwiezdne wojny” poszły w odstawkę. Wsiąkłem ze szczętem w pachnący jesiennymi liśćmi świat drzewców, zaklętych pierścieni, upiorów. I, co ważniejsze, zrozumiałem, że ludzka fantazja nie zna granic, a najlepszym ujściem dla tej fantazji jest właśnie literatura. Ani film, ani serial, ani gra komputerowa nie pozwalają człowiekowi w sposób tak całkowity przenieść się do zupełnie odmiennego świata.

Kolejny kamień milowy stanowiło „Solaris” Lema. Ponownie, choć w sposób zgoła odmienny, zachwyciła mnie potęga pisarskiej wyobraźni. Później, już chyba na studiach, sięgnąłem po Lovecrafta i to on właśnie dopełnia moją Wielką Trójcę duchowych przewodników. Oczywiście nie jest to pisarz takiej miary jak Lem albo Tolkien, ale rozmach jego wizji zrobił na mnie piorunujące wrażenie, a przy okazji otworzył oczy na mroczniejsze aspekty czy to fantastyki, czy literatury, czy ludzkiej duszy w ogóle.

A.J.: Co obecnie Pan czyta?

G.G.: Tak konkretnie to „Excalibura” Bernarda Cornwella na przemian z „Europą wczesnego średniowiecza” Marii Miśkiewicz. A patrząc szerzej, to co tylko wpadnie mi w oko. Lubię różnorodność. Mam dużą słabość do klasyków literatury dwudziestowiecznej w stylu Hemingwaya, Bratnego czy Kuncewiczowej, co nie przeszkadza mi sięgać po powieści z uniwersum Warhammera 40 000.

A.J.: Proszę wskazać kamienie milowe na swojej literackiej drodze.

G.G.: No to tak… pierwszą „powieść” napisałem dwadzieścia pięć lat temu na starej maszynie do pisania mojego dziadka. Mój brat opatrzył ją ilustracjami gwiezdnych niszczycieli i x-wingów. Akcja rozgrywała się oczywiście dawno, dawno temu w odległej galaktyce. Maszynopis, całe szczęście, zaginął. Być może został zniszczony.

Co dalej? Jakieś osiemnaście lat temu, będąc jeszcze w gimnazjum, opublikowałem swoje pierwsze oryginalne opowiadanie. Nazywało się „Świat za szybą” i ukazało się w światowej sławy magazynie literackim „Radostowa”. Spróbowałem przedstawić w nim, jak może postrzegać świat upośledzony umysłowo chłopiec, który wygląda przez okno jadącego pociągu. Moja mama do dziś uważa, że to moje najlepsze dzieło.

Piętnaście lat temu, wkraczając w wiek dorosły, zadebiutowałem na poważnie. W magazynie „Science fiction, fantasy & horror” pojawiło się moje opowiadanie „Serce słońca”, którego bohaterka, obserwatorka klasy pierwszej Brena Tiers, zawędrowała również do rodzącej się już wówczas powieści „Ciemna strona księżyca”.

No i wreszcie, osiem lat temu, wydałem pierwszą powieść, „Szaleństwo przychodzi nocą”. I właściwie na tym można by skończyć, bo potem pisałem po prostu kolejne książki. Myślę jednak, że warto wspomnieć o jeszcze jednym wydarzeniu. Kiedy cztery lata temu pracowałem nad „Powrotem królów” – powieścią historyczną z czasów wojny trojańskiej – los zetknął mnie ze wspaniałym redaktorem, Arturem Szrejterem. Stał się on moim mentorem i dobrym przyjacielem. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że dopiero przy nim tak naprawdę nauczyłem się pisać. W życiu pisarza jest mnóstwo górek i dołków, przychodzą chwile zwątpienia, kiedy zaczyna się człowiek zastanawiać, czy aby nie lepiej zająć się sadzeniem marchwi. O wiele łatwiej mi przetrzymać takie momenty, wiedząc, że ktoś taki jak Artur wierzy w mój talent.

A.J.: Nie poświęcił się Pan dotąd jednej konwencji literackiej. Skąd pomysł na powieść dla młodzieży? Co było impulsem do napisania „Strażników Starego Lasu”? Kiedy pojawił się pomysł napisania tej powieści?

G.G.: Pomysł takiej, niekoniecznie tej, powieści chodził za mną co najmniej od czasów gimnazjum. Postać Wędrowca kroczącego wśród zaklętej mgły pojawia się już w jakichś moich luźnych notatkach z tamtych czasów. W pewnym niedokończonym rękopisie z lat studenckich można spotkać skrzata Fafkela i śmiesznego rogatego ludka, który nazywa się co prawda Filodos, ale zaskakująco przypomina Lelka. Natomiast takich bezpośrednich impulsów było kilka. Z pewnością inspirująco zadziałały na mnie długie rozmowy o słowiańszczyźnie z kolejnym moim dobrym przyjacielem, Witkiem Jabłońskim, autorem znakomitych „Darów bogów”. Ale kluczową rolę odegrał znów Artur. Czułem się już trochę zmęczony pisaniem dla dorosłych, po raz kolejny znalazłem się na literackim rozdrożu, zapytałem go więc, co sądzi o tym, żebym dla odmiany napisał młodzieżówkę.

To fatalny pomysł – powiedział. – Z marketingowego punktu widzenia dramat. Ale jesteś, do cholery, pisarzem. Pisz, co chcesz. Podrzucę ci namiar na wydawcę, którego może zainteresować taka historia.

No i tak to się potoczyło.

A.J.: Czy pisanie dla młodzieży jest wymagające?  Czy różni się od pisania dla dorosłych?

G.G.: Właściwie się nie różni. Wiadomo, że trzeba trochę uważać na język; żaden wydawca w Polsce nie puści młodzieżówki pełnej seksu i wulgaryzmów. Ale zawsze mnie irytuje, gdy pisarze traktują dzieci i młodzież jak idiotów, do których trzeba pisać prosto i wielkimi literami. Dzieciaki są tak samo inteligentne jak dorośli, tylko mniej wiedzą. To istotna różnica. Oczywiście ktoś mógłby powiedzieć, że w powieści młodzieżowej musi być akcja, gonitwy, bijatyki itd., bo inaczej większość młodych się zanudzi. Być może, czy jednak z dorosłymi jest inaczej?

A.J.: Jak Pan pisze – codziennie w wyznaczonych godzinach czy kiedy przychodzi natchnienie?

G.G.: Codziennie od dziewiątej… no, może dziesiątej… do siedemnastej. Aczkolwiek „pisze” to w moim przypadku szerokie pojęcie. Czasami „pisanie” oznacza polowanie z fajką na natchnienie. Bo bez natchnienia, rzecz jasna, można pisać, tyle że nigdy nie wyjdzie z tego dobra literatura.

A.J.: W „Strażnikach Starego Lasu” stworzył Pan alternatywne uniwersum przesiąknięte duchem słowiańszczyzny. Skąd zainteresowania słowiańską mitologią? Za co lubi Pan świat Słowian? Co jest w nim tak fascynującego?

G.G.: Zainteresowanie mitologią czy w ogóle kulturą dawnych Słowian wzięło się u mnie chyba z potrzeby zrozumienia samego siebie. Nie da się tego zrobić, nie poznając swoich korzeni. W kulturoznawstwie mit to element kultury, który jako społeczność zinternalizowaliśmy już tak mocno, że wydaje się elementem natury. Jeśli mamy coś w swojej naturze, jeśli odruchowo zakładamy, że coś jest właściwe – jak choćby szacunek do starszych – to nie wzięło się to znikąd i niekoniecznie musi być równie naturalne dla wszystkich społeczności świata. Zrozumienie samego siebie, swoich kulturowych uwarunkowań, pomaga nam zrozumieć także innych, sprzyja tolerancji. Prymitywny nacjonalizm, w moim odczuciu, w dużym stopniu wynika z powierzchownej znajomości własnej kultury. Jeśli zbudujemy swoją tożsamość na mocnych fundamentach, nie będziemy się bali, że ją utracimy w kontakcie z obcym, odmiennym. Jeśli fundament jest słaby, żyjemy w ciągłym strachu, że świat nam runie na głowy, wywróci się do góry nogami. A ze strachu rodzi się agresja.

Ale wpadam już w strasznie poważny ton. Wróćmy do świata Słowian. Lubię go za jego barwność, różnorodność. I za pewne poczucie równowagi. Słowiańskie postrzeganie kosmosu, moim zdaniem, najlepiej oddaje symbol kołowrotu – wszystko jest w ciągłym ruchu, świat stanowi wypadkową różnych bez przerwy na siebie oddziałujących sił. Choć szanuję religię i kulturę chrześcijańską, chrześcijański kosmos wydaje mi się zbyt zero-jedynkowy. Bóg wyklucza diabła, dobro wyklucza zło, mężczyzna wyklucza kobietę itd., itd. Oczywiście upraszczam i też nie łudzę się, że nasi przodkowie żyli w stanie idealnego spełnienia i szczęścia. Niemniej sądzę, że pewne elementy ich życiowej filozofii mogą nam pomóc przetrwać w tym naszym dziwnym i zabieganym dwudziestym pierwszym wieku.

A.J.: Które publikacje dotyczące słowiańszczyzny szczególnie Pan ceni?

G.G.: Za świetne wprowadzenie do świata słowiańskich wierzeń uważam wspomniane już „Dary bogów” Witka Jabłońskiego. Co prawda dużo jest tam jego literackiej fantazji – z czym absolutnie się nie kryje – ale fantazja ta została osnuta na stelażu starannych badań. A książkę na pewno łatwiej się czyta niż „Mitologię Słowian” Gieysztora, którą wskazałbym jako lekturę obowiązkową dla fanów słowiańszczyzny. Cenię również „Życie codzienne mieszkańców ziem polski we wczesnym średniowieczu” Marii Miśkiewicz. To chyba najbardziej przekrojowa publikacja dotycząca kultury dawnych Słowian. Mogę też polecić książkę „Pod pogańskim sztandarem”, w której Artur Szrejter przybliża czytelnikowi w znacznym stopniu dziś zapomniany świat Słowian Połabskich.

A.J.:W którą z istot ze słowiańskiego bestiariusza chciałby się Pan wcielić?

G.G.: No, w leszego oczywiście.

A.J.: Powieściowy Stary Las zachwyca. Czy lubi Pan przyrodę, dużo czasu spędza na łonie natury?

G.G: Tak, kocham przyrodę, kocham włóczyć się po górach, żeglować, spacerować, podglądać żubry w Puszczy Białowieskiej. W moim przypadku przyroda, włóczęga i literatura są ze sobą nierozerwalnie powiązane. Pamiętam, że kiedy jako dzieciak chodziłem z kolegami po Beskidach, to godzinami – przy marszu – opowiadaliśmy sobie niestworzone historie o skrzatach kryjących się w wypróchniałych pniakach, krasnoludach mających wartownie w widzianych z daleka jamach itd., itd.

A.J.: Jednym z tematów, które Pan poruszył w swojej powieści, jest refleksja nad światem przyrody i równowagą, która powinna w nim panować. Dla bohaterów ta równowaga to kwestia nadrzędna, o którą walczą. Czy Panu również bliska jest ekologia?

G.G.: Nie wiem, czy mogę powiedzieć, że bliska jest mi ekologia, bo ekologia to nauka, a ja nie jestem naukowcem. Niemniej mocno wierzę w to, że musimy chronić świat naturalny, że musimy odpowiedzialnie traktować planetę, którą dzielimy z milionami innych stworzeń.

A.J.: Zwierzęta są ważnymi bohaterami Pana powieści. Lubi Pan zwierzęta? Ma Pan jakieś zwierzę?

G.G.: Lubię zwierzęta. Mam królika, a właściwie króliczkę imieniem Persefona. Według króliczej rachuby lat zbliża się już do setki. Wcześniej miałem też drugą króliczkę, Artemidę, ale niestety zmarła kilka lat temu. Przez pewien czas byłem też ojcem chrzestnym tamaryny czerwonobrzuchej – to taki mały wampirek z Boliwii. Nazywała się Herkules.

A.J.: Która istota opisana w „Strażnikach Starego Lasu” jest Panu najbliższa i dlaczego?

G.G.: Wszystkie są mi bliskie, każda na swój sposób. Każda ma w sobie coś ze mnie i coś własnego. Mógłbym może wyróżnić Lelka, bo jest taką pierdołą jak ja i jak ja ciągle się czymś martwi. Przypuszczam, że niejedna osoba, która mnie zna, mogłaby pomyśleć, że pod jego postacią umieściłem w powieści samego siebie. Prawda jest jednak taka, że ze wszystkich głównych bohaterów serii to właśnie Lelka najdłużej nie mogłem rozgryźć. Fafkela polubiłem od razu, głos Modraszki słyszałem, jakby siedziała obok mnie na krześle, Mojmir zarażał mnie swoim optymizmem. A Lelek przez długi, długi czas łaził tylko i robił, co mu kazałem.

A.J.: Co by Pan powiedział na umieszczenie „Strażników Starego Lasu” na liście lektur, obok „Hobbita” i „Opowieści z Narni”?

G.G.: Nie wiem. Z jednej strony wizja taka łechce mą miłość własną, a i fajnie by było młodzieży pokazać, że ta nasza słowiańszczyzna potrafi być fajna. Z drugiej – czasami myślę sobie, że nie ma pewniejszego sposobu, aby zniechęcić dzieciaki do książki, niż umieścić ją na liście lektur.

A.J.: Wielu młodych ludzi pisze do szuflady. Co by im Pan poradził jako doświadczony pisarz?

Nie piszcie do szuflady. Nie zniechęcajcie się, choć bycie pisarzem to ciężki kawałek chleba. Mierzcie zawsze wysoko. Jeśli chcecie napisać książkę artystyczną, niech to będzie książka na Nobla. Jeśli chcecie napisać książkę rozrywkową, niech przyćmi „Harry’ego Pottera”. Oczywiście raczej się nie uda, nie za pierwszym podejściem. Ale jeśli ma to być „takie sobie fantasy, żeby w pociągu poczytać”, to szkoda zachodu.

A.J.: Jakie są Pana plany na przyszłość?

Covid narobił trochę zamieszania na rynku, poprzesuwały się plany wydawnicze. Chwilowo robię sobie więc przerwę od „Strażników Starego Lasu”, lecz pozostaję w kręgu kultury słowiańskiej. Pracuję obecnie nad powieścią poruszającą tematykę na poły historyczną, na poły legendarną. Dla dorosłych, zdecydowanie dla dorosłych. I chyba więcej nie ma co zdradzać.

A.J.: Teraz proszę o kilka słów do naszych czytelników.

Drodzy Czytelnicy, czasy zrobiły nam się ciekawe, co – jak uczą chińscy filozofowie – bynajmniej nie jest stanem pożądanym. Wybaczcie mi więc, jeśli otrę się o patos i zostawię Was z następującym cytatem ze „Strażników Starego Lasu”: „Nie lękajcie się, nie poddawajcie, stójcie razem”.

Autorka artykułu: Adrianna Aminae Janusz (zespół Runika)
Autorka wywiadu: Adrianna Aminae Janusz (zespół Runika)
Gość wywiadu: Grzegorz Gajek (Strona autorska)
W ramach iSAP – Słowiańska Agencja Prasowa
CC- BY- SA 3.0