Zagubiona puenta – “Brassel” Tomasza Kocowskiego

Znalezienie interpretacji powieści to najpiękniejszy moment każdej czytelniczej przygody. Bo śledzenie bohaterów to jedno, ale zrozumienie, o czym mówią nam ich przygody, to zupełnie inna historia.

Tytuł: “Brassel”
Autor: Tomasz Kocowski
Wydawnictwo: Oficynka
Rok wydania: 2021

Książki fantastyczne to niesamowity zlepek różnych podgatunków, stylów i charakterów. I jak to bywa z gustami, o nich się nie dyskutuje.
Dlatego też naprawdę ciężko mi odnieść się do „Brassel” Tomasza Kocowskiego tak, by oddać mu sprawiedliwość.
Zacznijmy od tego, że kiedy piszę recenzję, chcę zrozumieć, o czym tak naprawdę jest ta historia. O czym opowiada. Zawsze chcę rozwikłać pajęczą sieć wątków.

W tym przypadku muszę przyznać – poległam. Nie mam pojęcia, o czym jest ta powieść.

Jakie wątki rozplątywałam?

Z jednej strony mamy tu historię miasta, które upadło ekonomicznie po nierozsądnej decyzji władz centralnych. Nędzę obrazuje nam kilka ładnych widoczków opuszczonych dzielnic, z drugiej to tyle, same widoczki. Autor nie chce bądź nie umie nam przedstawić żywego, utrudzonego miasta.

Inny wątek to alternatywna historia. Jak mówi blurp z tyłu okładki, Autor interesuje się historią i to czuć. W natłoku nazwisk i dawno nieużywanych nazw miejscowych. Widać w wyraźnym punkcie odcięcia od rzeczywistej linii czasowej. Niestety, chodź widzimy skutki tych różnic (handel ze Zwergami i brak rozwoju górniczo-przemysłowego regionu oraz wiążąca się z nim absencja pierwszej na terenie Śląska linii kolejowej, która w rzeczywistości była jedną z kluczowych przyczyn rozwoju ekonomicznego regionu) nie widzimy ich przyczyn. I jasne, możecie powiedzieć, że się czepiam, że gdzie moje zawieszenie niewiary. No więc wyparowało, gdy narrator wprowadzający nas do fabuły wyparował i wciąż nie wiem, po co jego ustami przekazano mi informacje o popularnych w czasie powieści stylach piwa…

Ale okej, okej, jest jeszcze rewolucja. Karo, Ty buntowniczko, przecież uwielbiasz demonstracje! Ano uwielbiam. Dlatego też tak bardzo krwawiły moje oczy, gdy autor usiłował mi wmówić, że banda żołdaków z garnizonu miejskiego ma na tyle silne nerwy, by nie wystrzelić bez rozkazu w tłum, gdy wpierw kazano im nabić broń ostrą amunicją. Tak, ostrą. Zwłaszcza w to nie uwierzę, gdy kilka miesięcy wcześniej byłam świadkinią, jak prawie dokładnie w tym samym miejscu policja nie wytrzymała i użyła gazu, bo jakiś idiota rzucił w ich kierunku papierową kulką… Nie oceniając żadnej ze stron i nie wdając się w polityczne przepychanki, jeśli naprzeciw siebie stają dwie nabuzowane emocjami grupy, nie ma szans, by sytuację rozwiązać pokojowo tylko dlatego, że przywódcy obu się jako tako znają i dojdą do jakiegoś porozumienia. Nie bez technik manipulacji tłumem, które w XIX wieku były dość żałosne. Przykro to mówić, ale Autorze, jeśli chcesz opisywać demonstracje, wybierz się chociaż na jedną, na której ma szanse dojść do konfrontacji z organami władzy i obserwuj tłum.

Bo przecież to taka słowiańska książka!

Dobra, dobra, powiecie, że się znęcam. Bo przecież to taka słowiańska książka! Nie jestem ekspertką od – użyjmy tego słowa w uproszczeniu – demonologii słowiańskiej, ale jestem prawie pewna, że nie istniały tam żadne Zwergi – ani żadna inna z opisanych nieludzkich ras. Autor odnosi się do istot z mitologii germańskiej, co jest całkowicie uprawnione, biorąc pod uwagę historię Wrocławia. Nie rozumiem tylko, dlaczego ktoś wysłał ją do nas, by promować jako słowiańską? Bo poza dziwną nutą polskiego patriotyzmu (wątek mieszanki tożsamościowej ledwo muśnięty, a szkoda, bo ten mógłby być naprawdę ciekawy!) i pochodzeniem niektórych bohaterów, to ja tu się słowiańszczyzny dopatrzeć nie mogę…

Wrócę jeszcze do rewolucji. No bo to tylko jedna źle opisana scena… Prawda. Ale to ona ma nam budować relacje w tym świecie. No i dramatyzm. A skoro dzieje się coś tak nieprawdopodobnego, to ja w ogóle nie czuję napięcia i nie zastanawiam się, kto zginie. Niestety.

I chociaż bohaterowie są przyjemni, a gdzieś tak w połowie książki Bolko nawet staje się interesującą, wielowątkową postacią, to nie ma miejsca na to, by jego historia nas przejęła.

Ale gdzie była Redakcja?

Muszę powiedzieć jedno: autor miał fascynujący pomysł, językowo też daje radę, ale na Bogi! Gdzie był redaktor tej książki? Powinien był ją ostro pociąć i wskazać debiutującemu autorowi wątki do rozwinięcia. Bo w tej historii był potencjał. Niestety, pogrzebany pod gruzem historii, która może i się kończy, ale wcale nie daje nam wskazówki, o czym tak właściwie była.

Myślę, że przyszłe pozycje Autora warto śledzić, bo ma szanse się rozwinąć i dać nam kilka solidnych fabuł z niesztampowymi bohaterami, o ile skupi się na tym, by wątki miały większy sens.

Autorka artykułu: Karolina Zwierzyńska
Korekta: Adrianna Aminae Janusz
W ramach iSAP – Słowiańska Agencja Prasowa
CC BY- SA 3.0

Okładka książki “Brassel”, wydawnictwo Oficynka.
Książkę można zakupić na stronie wydawcy: KUP KSIĄŻKĘ