Recenzja płyty „Kobiety i potwory” zespołu Weljar
Od 2020 roku, czyli początków istnienia zespołu Weljar, pewne było, że warto śledzić ich muzyczną drogę, bo z każdym kolejnym rokiem i wydanym utworem utwierdzali słuchaczy w przekonaniu, że to dopiero początek czegoś niezwykłego.
Trudno znaleźć w Polsce projekt darkfolkowy, który w tak złożony i konsekwentny sposób buduje swój świat i zaprasza do niego słuchaczy nie tylko na płytach, lecz także na zjawiskowych koncertach. W 2026 roku ukazała się druga (po wydanym w 2023 roku albumie „Tur”) płyta długogrająca „Kobiety i potwory”. Zapraszam do recenzji.
Intrygujący tytuł i szata graficzna
Pierwszym, co zasługuje na uwagę, jest tytuł płyty – „Kobiety i potwory”. Połączenie intrygujące, niezwykłe, dające do myślenia. Zanim włożyłam krążek do odtwarzacza, wiele czasu spędziłam na oglądaniu okładki i książeczki. A jest na co popatrzeć. Marta Żurawska umieściła na okładce czarno-białą grafikę przedstawiającą kobietę patrzącą w czeluść paszczy potwora. Zachęcam do przyjrzenia się jej uważnie, bo to, co usłyszycie na płycie, idealnie współgra z tym obrazem – zapowiada, ostrzega, skłania do refleksji. Kobietę widoczną na okładce zobaczycie również na plakacie zawierającym teksty i ich tłumaczenia na język angielski. Miły ukłon w stronę zagranicznych fanów.
W książeczce znajdują się teksty utworów, każdy opatrzony kolorowym zdjęciem członków zespołu i ich przyjaciół, oddającym klimat numeru. Tu również widać ogromną dbałość o każdy szczegół wizualny – wszystko jest zaplanowane, celowe, trafione w punkt – brawa dla autorów grafik i zdjęć.
Muzyka i teksty
Płyta zawiera 9 utworów, które układają się w rytualną całość. Pierwszym utworem jest „Przyzwanie”, wprowadzające w klimat, niesamowicie przestrzenne, z wokalami, od których pojawiają się ciarki. Drugim numerem jest „Czarna matka”, jeden z moich faworytów na tej płycie – od genialnego prowadzenia i przeplatania się wokali, przez tekst, po mroczny, niepokojący klimat, który wchodzi pod skórę i zostaje tam na długo. „Ofiarowanie” to instrumentalne i wokalne misterium do ludowego tekstu, którego zapisu dokonał Oskar Kolberg. Jestem ciekawa, czy kobiety słuchające tego utworu również poczują moc tego tekstu, sięgającego głęboko do korzeni wspólnotowej świadomości – chapeau bas, Weljarze. Transowy, klimatyczny „Pożeracz słońc” przenosi w zupełnie inne przestrzenie i wprowadza odmienne emocje, a do kobiecych wokali dołącza męski pierwiastek. „Mokoszowa” to rodzaj modlitwy z piękną melodią, wielogłosowo wyśpiewane wyznanie, które porusza serce. Podobnie płynący nieśpiesznie „Taniec wilczycy” ze wzruszającym tekstem, o którym trudno zapomnieć, zwłaszcza będąc matką. Dwa kolejne utwory – astralna „Toń” i niesamowicie sensualny „Dziki ogień” – penetrują zupełnie inne aspekty i oblicza kobiecości. Drugi utwór z tej pary jest jednym z moich ulubionych na tej płycie. Na końcu następuje „Wyzwolenie” – męskie i kobiece wokale przeplatające się w dzikim tańcu przy wtórze instrumentów, które poniosą Was w odległe rejony (pod)świadomości.
Pisząc tę recenzję, zastanawiałam się, czy zamieszczać moje interpretacje tekstów Przemysława Karonia. Zrezygnowałam z tego, żeby zostawić Wam możliwość odbycia tej niezwykłej podróży w głąb siebie, bo są wśród nich prawdziwe perły. Jeśli będziecie chcieli podzielić się ze mną swoimi przemyśleniami, dajcie proszę znać.
Wokale, instrumentarium, aranżacje, brzmienie
Na osobny rozdział tej recenzji zasługują wokale. Katarzyna Karoń (którą możecie znać z zespołu Cronica) to jeden z najciekawszych, najbardziej charyzmatycznych głosów na polskiej scenie folkowej. W Weljarze dołączyły do niej niesamowite Aleksandra Stodółka i Edyta Dendra, które wspólnie czarują, wzruszają i zachwycają w każdym numerze. Mocną stroną albumu są instrumentarium, aranżacje i brzmienie płyty „Kobiety i potwory”. Jeśli macie możliwość, posłuchajcie jej na dobrym sprzęcie, żeby wysłyszeć każdy detal, niuans, smaczek. Weljar przyzwyczaił nas do jakości, ale to, co i jak słychać na tym krążku, sprawia, że od tygodnia nie wychodzi on z mojego odtwarzacza. I prędko się to nie zmieni.
Podsumowanie
Ta płyta jest drogą, ale nie prostą i szeroką. Trochę jak w labiryncie Weljar prowadzi nas ścieżkami, które wiją się, plączą, zawracają, mamią, zaskakują obrazami, które widzimy wokół, wywołują skrajne emocje, na końcu zwracając oddech, doprowadzając do celu i swoistego oczyszczenia/zrozumienia.
Dla mnie osobiście ta płyta jest zaproszeniem do refleksji nad współistnieniem tytułowych słów. Warto skorzystać z tego zaproszenia.
Autorka recenzji: Adrianna Aminae Janusz (Zespół Runika)
Korekta: Karolina Lisek
W ramach iSAP – Słowiańska Agencja Prasowa
Recenzja powstała w oparciu o dostarczony egzemplarz recenzencki.


