Nie tak straszne “Żółte ślepia” – recenzja książki autorstwa Marcina Mortki

Marcin Mortka znany z książek dla dzieci, tym razem postanowił zatopić czytelnika w świecie słowiańskich stworzy. „Żółte ślepia” to powieść łącząca elementy historyczne z fantasy i baśniami.

Autor: Mortka Marcin
Tytuł: Żółte ślepia
Wydawnictwo: Uroboros
Ilość stron: 416
Data premiery: 2020-02-26

Na styku różnych wiar

29 lat po przyjęciu chrztu przez księcia Polan Mieszka, na tronie w Gnieźnie zasiada książę Bolko. Książę musi połączyć wprowadzanie nowej wiary z głęboko zakorzenionymi wierzeniami swojego ludu. Właśnie spotykają się dwa światy. Jeden prastary, pełen strzyg, utopców, brzeginek, rusałek i całego wachlarza bóstw, a drugi nowy, nieznany; tępiący wszystko, co dawne. Z jednym wszechmocnym i wszechwładnym bóstwem. Młodemu księstwu zagrażają zachodni sąsiedzi, których poselstwo na czele z biskupem przybywa do Gniezna.

Medvid

Podporą i doradcą księcia w sprawach związanych z dawną wiarą jest Medvid. Potężny zarośnięty z epicką brodą wojownik. Nie interesuje się on polityką, knowaniami, spiskami. Źle czuje się  w grodzie czy na dworze książęcym. Woli przebywać w odstępach leśnych. Jego wiedza przydaje się w chwilach, gdy należy zaradzić niebezpieczeństwu ze strony któregoś z prastarych słowiańskich demonów. Stara się także ochraniać Święte Gaje czy dawnych żerców. Darzy uczuciem małżonkę Bolka, księżniczkę Hajnę. Jest także mistrzem we władaniu ogromnym kamiennym młotem bojowym, ale sięga po niego w chwilach, gdy argumenty słowne nie mają większego przebicia. No i mamy głównego bohatera.

Prosta droga

Po jednej z uczt giną wszyscy mieszkańcy grodu. Jednak nikt ich nie zabija. Oni znikają. W grodzie Medvid nie znajduje żadnych śladów poważnej walki, żadnych ciał, żadnych rabunków. Znikają wszyscy łącznie z księciem i księżniczką. Medvid postanawia odnaleźć uprowadzonych mieszkańców Gniezna, a przede wszystkim swoją ukochaną Hajnę. I tu następuje kompletowanie drużyny w której skład wchodzą: machający wielkim młotem Medvid, wiedźma Gosława biegła w magii i całkiem nieźle pilotująca miotłę, cholernie marudny domowik uzbrojony w ciętą słowną ripostę, Chowaniec wiedźmy, czarny kot Trutek oraz jeden niemiecki rycerz Osmund z obstawy biskupa. Cała ta dość dziwna drużyna wyrusza by rozwikłać sprawę tajemniczego zniknięcia. Po drodze oczywiście spotykają całą masę różnego tałatajstwa, z którym będą musieli się zmierzyć. Słownie lub przy użyciu „siły i godności osobistej”. Akcja jest jednoliniowa, bez żadnych wątków pobocznych. Z jednej strony ułatwia to podążanie wyznaczoną przez autora trasą a z drugiej zaś, miejscami potrafi znużyć. Dokładnie jak jazda A1 na trasie Katowice – Owidz. Na początku wolniutko bo korki, później cały czas prosto ze stałą prędkością. 

Postacie

Czytając „Żółte ślepia”, jakoś nie mogłem się przekonać do głównego bohatera. Troszkę działał jak taran. Byle do przodu. Miejscami przytrafiały mu się chwile rozbłysków rozsądku i logicznego myślenia. Z czasem Medvid, targany sprzecznymi uczuciami, potrafi do siebie przekonać czytelnika.  Kieruje się zawsze w swych działaniach przyjętym kodeksem, regułami, własnymi zasadami. Jednak w zmiennych nowych czasach nie wszystko się udaje. Urocza, butna i logicznie myśląca Gosława przed którą respekt czują nawet Stolemy, dzięki swoim magicznym umiejętnością nie raz wyprowadza drużynę na prostą. Gosława jest postacią bardzo wyrazistą, zdecydowaną, mocną. Jest kobietą z wyglądu delikatną, jednak gdy nadchodzi taka potrzeba, to potrafi siarczyście przekląć i pokazać potężną siłę.  Trutek, kot chowaniec Gosławy, to niezły gagatek. Czemu? Odpowiedź znajdziecie w książce. Domowik to im się ewidentnie nie udał. Owszem, czasem się przydaje, lecz malkontent, maruda i „truciciel” z niego potężny. Aż czasem dziwne, że nie zawiązali go w worku w którym podróżował i nie zostawili gdzieś przy mijanej osadzie. 

Postacie przedstawione w książce są zwyczajnie ludzkie. Każdy jest inny, ma inne potrzeby, inny charakter i inne lęki. Dzięki temu nie wydają się tekturowi czy skrojeni pod dane opowiadanie, ale są jak przykładowa grupa znajomych z jednego podwórka.  W książce posługują się oni językiem stylizowanym na dawny. Także narracja oraz opisy są archaizowane i dzięki temu zabiegowi łatwiej jest czytelnikowi poczuć magię tamtych czasów. 

Okładka książki “żółte ślepia”
“Żółte ślepia” to książka drogi. Drogi tak prostej, jak „stąd do tamtego dębu”. Warto by autor dołożył do tej drogi jeszcze kilka mil i rozdroży. Zakończenie bowiem jest zacne, lecz nieoczywiste. Na końcu tej nieoczywistości są malutkie, niewielkie wrota. Na obecną chwilę jeszcze zamknięte, ale możliwe, że Marcin Mortka je otworzy.

Autor artykułu: Marcin Patela
Korekta: Adrianna Patela
W ramach iSAP – Słowiańska Agencja Prasowa
CC BY – SA 3.0 (tekst)

Zdjęcie w tle autorstwa Marcina Pateli – zdjęcie nie podlega prawu przedruku.