Weles – bóg choroby i uzdrowienia

Zastanawialiście się kiedyś, do kogo o uleczenie modlili się Słowianie? Może sądziliście, że do Mokoszy – matki? Zaś o dodanie sił w walce zwracali się do Peruna? W tym artykule odkryjemy oblicze Welesa, które nie jest powszechnie znane.

Chyba nie ma na świecie rodzimowiercy słowiańskiego albo osoby interesującej się dawnymi wierzeniami Słowian, którzy nie znaliby postaci Welesa – podziemnego władcy zaświatów, boga magii, przysiąg i bogactwa, suwerena magicznych aspektów władzy, zdolnego przesądzić o losie każdego człowieka. Innym elementem dominującym w teofanii władcy zaświatów zdaje się być obawa i strach przed karą za uchybienia w kulcie bądź krzywdy wyrządzone innym, które nie sposób ukryć przed oczami boga sprawującego kontrolę nad magią.

W tym artykule skupię się na innym aspekcie rzeczywistości, którym włada Weles – a który moim zdaniem, wydaje się być szczególnie interesujący w tych niepewnych czasach – mianowicie jego zwierzchnictwie nad chorobami i uzdrawianiem.

Bałtyjskie pobratymstwo

Bałtyjskim odpowiednikiem Welesa jest Velnias – bóg umarłych, bydła, dostatku i płodności, jedno z najważniejszych przedchrześcijańskich bóstw Bałtów. Co ciekawe, informacje na jego temat pochodzą wyłącznie z litewskiego folkloru, ponieważ żaden dziejopisarz nie wymienia go z imienia. Zamiast tego znamy całą masę przydomków, jakimi Velnias był określany, co może świadczyć o strachu przed wymawianiem prawdziwego imienia i jego tabuizacji. Ponadto Bałtowie wierzyli, że prawdziwy wygląd Velniasa nie może być opisany, ponieważ każdy, kto by go ujrzał, natychmiast by umarł[1].

Jednym z przydomków Velniasa, który można odnaleźć w tekstach źródłowych, jest Potrimpus – bóg magii w postaci węża, który karał kalectwem, sprowadzał choroby i śmierć, szczególnie na tych, którzy odważyliby się skrzywdzić jakiegoś węża. Taki ktoś zostawał oszpecony, pozbawiony wzroku lub zdjęty nagłą niemocą, co odnotowali (ze zgrozą) w roli naocznych świadków krytyczni S.V. Herberstein, P. Einhorn, D. Fabricius czy S. Rostowski[2]. Potrimpusa charakteryzowały takie cechy jak wszechwiedza i mądrość, którym bóg zawdzięczał pozycję nadrzędnego sędziego, absolutne panowanie nad magią i zdolność “wiązania” pętami kalectwa lub choroby[3].

Innym przydomkiem Velniasa był Andaj, opisywany jako suwerenny litewski bóg magii, władca ciemnego nieba, opiekun kapłanów[4]. Jan Łasicki w swoim dziele wymienia dodatkowo Prigirstitisa – boga podsłuchującego szepczących. Rozmówcy niekiedy porozumiewali się szeptem, aby ich słów nie usłyszał przypadkiem Prigirstitis[5].

Weles i Odyn

„Odyn wędrowiec”, autor: Georg von Rosen, domena publiczna.

Kapłanami związanymi z Welesem byli Wołchwowie, którzy w tradycji wschodniosłowiańskiej i ruskiej byli ludźmi zajmującymi się sferą magiczno-religijną życia plemiennego. Z uwagi na temat przewodni artykułu tym co będzie nas najbardziej interesowało, jest relacja na ich temat autorstwa Ibn Rosteha, według którego Rusowie:

[…] Mają lekarzy, którzy kierują ich królami, jakby byli ich panami i wymagają od nich ofiar z kobiet, mężczyzn lub bydła wedle ich wyboru […]. To co żądają ci lekarze, powinno być koniecznie wykonane. Lekarz bierze istotę ludzką lub bydlę, zarzuca sznur na szyję, przytwierdza do deski aż duszę z niego wydrze i mów: to ofiara dla boga[6].

Tutaj pojawia się pierwsze podobieństwo do nordyckiego Odyna, ponieważ ten typ ofiary (poprzez uduszenie) jest bardzo charakterystyczny dla jego kultu, dlatego też nazywano Odyna “panem szubienicy” lub “bogiem szubienic” i przedstawiano siedzącego pod szubienicą[7].

Ibn Rosteh, nie orientując się najprawdopodobniej w zawiłościach wschodniosłowiańskiej kultury duchowej, na podstawie własnych obserwacji nazwał Wołchwów lekarzami i jak zobaczymy w dalszej części artykułu, nie pomylił się zanadto, ponieważ Weles nie tylko zsyła choroby, ale również potrafi je zażegnać. Co ciekawe, skandynawski Odyn również włada tym aspektem rzeczywistości.

Istnieje przykładowo skandynawski mit opowiadający o pięknej Rind, która trzykrotnie odtrąciła Odyna starającego się o jej względy. Według opowieści bóg najpierw ukazał się jej jako stary wódz, następnie zdolny złotnik, a na końcu młody wojownik. Po trzeciej nieudanej próbie Odyn sprowadził na nią chorobę, sam zaś wcielił się w starą znachorkę. Uzdrowiwszy Rind, przybrał swą właściwą postać i posiadł dumną dziewczynę[8].

W kolejnej części artykułu skupimy się na innym, leśnym wcieleniu Welesa, czyli wielkoruskim demonie Leszym, czczonym również według Adama i Barbary Podgórskich jako demon dusz ludzi zmarłych[9].

Słowiański Pan Lasu

Leszy to nadprzyrodzona istotna z rosyjskich podań i bajek ludowych, która mieszka w dzikich ostępach lasów albo na pustkowiach. Według wierzeń zamieszkuje las jedynie podczas ciepłej pory roku, chowa się w piekle wraz z nadejściem mrozu i pojawiają się na powierzchni dopiero wiosną, ale przed zejściem do podziemi szaleje: wywołuje burze, łamie drzewa, wypędza zwierzęta z nor. Wierzono, że w tym czasie Leszy może zaciągnąć ze sobą zagubioną w lesie osobę pod ziemię. Wędrówkom Leszego w podaniach i legendach towarzyszy zawsze wiatr, który zaciera jego ślady. Ze względu na związek diabła z wiatrem, ludzie przebywający w lesie unikali gwizdania, żeby nie wywołać tym sposobem leśnego licha.

Leśny Dziadek ma wzrost taki jak najwyższe drzewa w lesie, a kiedy pojawia się na polanie, jego wysokość jest równa trawie. Inni twierdzą, że jego wzrost zależy wówczas od wysokości drzew, przy których stoi lub które mija. Czasami przybiera postać leśnego smoka, czyli węża, który wysysa mleko krów. Innym razem pojawia się w postaci zwykłego siwego starca w białym ubraniu i zawsze kulawego. Kiedy spaceruje po swoim królestwie, towarzyszą mu stada zwierząt i ptaków, zwłaszcza sowy, puchacze, wrony i sroki. Chodzi niekiedy ubrany w skóry zwierząt – wilków i niedźwiedzi – wywrócone na drugą stronę. Czasami opisywano go jako jednookiego, włochatego (częściowo lub całkowicie pokrytego długimi włosami) starca, którego oko błyszczy jak gwiazdy lub płonie jak ślepia dzikiego zwierzęcia.

Wydaje różne dziwne dźwięki budzące grozę: gwiżdże, trąbi, klaszcze w dłonie. Czasami prycha jak koń, muczy jak krowa, szczeka jak pies albo miauczy jak kot. Jego dzikie dźwięki, śmiechy, gwizdy, klaskanie, szaleńcze krzyki słychać na dziesiątki kilometrów. Ukrywa się w niedostępnych bagnach i zwabia zagubione zwierzęta – najczęściej zabłąkane krowy – i choć te znają drogę powrotną do domu, idą głębiej w las za jego głosem i w końcu padają ofiarą wilków. Uwielbia wyprowadzać wędrowców na manowce. Przestawia znaki drogowe, zamienia wielkie dęby w małe krzaczki, przemienia polany w jeziora, przez co wędrowcy gubią orientację i błąkają się w leśnej głuszy. Mści się, gdy jego imię jest wymawiane często i bez wyraźnej potrzeby, pomaga zaś tym, którzy wzywając go w potrzebie, oddają się pod jego opiekę: nagania łowną zwierzynę, wskazuje właściwą drogę albo miejsca, gdzie rosną grzyby i jagody; wskazuje położenia ukrytych skarbów, odstrasza dzikie bestie.

Wierzono, że Leszy potrafi przepowiedzieć przyszłość i zna z góry los każdego człowieka, ukazuje się wówczas jako wieszcz. Takie osoby – według przekazów z folkloru – usłyszawszy całą mądrość Ducha Lasu, zostają uzdrowicielami i czarownikami utrzymującymi stały kontakt z diabłami i różnymi nieczystymi siłami. W ukraińskich opowieściach wierzeniowych i bajkach magicznych Leszy (Lisovik) zwykle nie nosi pasa, nie ma krucyfiksu, nie pamięta imienia Boga, nie dotyka poświęconych przedmiotów, a gdy siada, zarzuca lewą nogę na prawą i powtarza jak echo ostatnie słowa rozmówcy[10].

Innym, wschodniosłowiańskim imieniem Ducha Lasu jest białoruski Dobrochoczy, którego Samuel Orgelbrand opisał w ten sposób:

Dobrochoczy, tak na Białorusi nazywają widmo, a raczej bożka, zabytek z przedchrześcijańskich czasów, którego jeszcze niedawno chodzącego koło lasów lud tamtejszy widywał. Wzrost jego równał się zawsze wysokości drzew, przy których stawał. Dobry to duch, nic złego ludziom nie wyrządzał, owszem lud go uważał za sędziego sprawiedliwego. Opiekun poczciwych surowo niecnotę karze. Na przestępcę zsyła dotkliwą chorobę, a jeśli nie przebłaga winowajca ducha Dobrochoczy, umrze w najstraszniejszych mękach. Ażeby uzyskać jego przebaczenie, potrzeba wziąć kromkę chleba ze szczyptą soli, takowe w czysty szmatek zawinąć i pójść do lasu z osobą cierpiącą. Wybrać małą polankę, tu odprawić modły nad owym podarkiem, zostawując szmatkę, przy której się choroba przyczepi, a słaby zdrowym powraca do domu. Kto pierwszy w świeży ślad Dobrochoczego wstąpi nogą, ten zaraz się obłąka, i wieczorem zaledwie potrafi wrócić do domu[11].

Weles według wizji Andreya Shiskina, CC BY.

Widzimy więc wyraźne związki wschodniosłowiańskiej istoty zamieszkującej las z chorobami i uzdrawianiem, wieszczeniem i znachorstwem. Co ciekawe, postać jednookiego, kulawego starca ponownie przywodzi na myśl nordyckiego Odyna i bałtyjskiego Velinasa. Według przekazów z folkloru jedno oko Velinasa jest magiczne, a z opisu litewskiego pogaństwa zapisanego przez Hennebergera dowiadujemy się, że istniało święte źródło Golbe na Litwie Pruskiej, do którego mężczyźni przychodzili “by zostać jednookimi”, czyli aby poświęcić jedno oko, co uchodziło za wielki zaszczyt[12]. W dalszej części wywodu okaże się, że powiązań między Welesem a Odynem jest dużo więcej, ale żeby nie wybiegać zanadto wprzód przyjrzyjmy się dokładniej innym aspektom Leszego.

Jak zostało już powiedziane, Leszy – szafarz zdrowia – według wierzeń zamieszkuje lasy jedynie w czasie ciepłej pory roku, a gdy przyroda zamiera na zimę, wówczas schodzi do podziemi. W dawnych wyobrażeniach zarówno las, jak i świat podziemny były postrzegane jako krainy umarłych. Oskar Kolberg w jednych ze swoich dzieł zamieścił taki ludowy opis piekła:

Przed granicami samego piekła są okropne moczary błotne, ciągną się na mil kilkanaście, ogromne lasy, zkąd diabli duszami zmarłemi wożą drzewo i palą w ogniskach. W tych lasach siedzą najstraszliwsze gady, węże o stu głowach, smoki zgrzytające zębami; ogon takiego smoka, jednem uderzeniem zabije człowieka. Są także cygrysy, zwierzęta co mają oczy gdyby błyskawice i jak spojrzy na kogo, to już pożre odrazu. Ogromne ptaki co się zowią warzele, krzyk czynią przeraźliwy przed piekłem, latają niby jak gęsi dzikie, tylko dużo większe, z długiemi dziobami i bystrym wzrokiem. Jednym spojrzeniem ptak taki obali człowieka. Do piekła idzie szeroki gościniec, aksamitem wybity który nagle urywa się, jakby w studnią wpada[13].

Katarzyna Maler w Głubczyckich legendach i podaniach ludowych przytacza interesujące podanie, według którego stara pielgrzymowianka (Pielgrzymów to wieś w Polsce położona w powiecie głubczyckim województwa opolskiego):

[…] Zbierała w lesie jagody. Gdy zaczął zapadać zmrok, chciała wrócić do domu. Naraz zobaczyła jakąś chatę pośrodku lasu. Weszła do środka, gdzie znalazła gospodarza i poprosiła go o nocleg. Pozwolił jej spać za piecem. Gdy rano się zbudziła, nie było chaty, a ona leżała na wilgotnej od rosy trawie. Poszła do Pielgrzymowa, lecz jej domu nie było, a dzieci jej były już dziadkami. Przerażona pobiegła do sędziego i opowiedziała mu, co się jej przydarzyło. Sędzia zapytał ją o nazwisko i zaczął szperać w księdze. Okazało się, że ta kobieta 100 lat temu została uznana za zaginioną[14].

Tajemniczym gospodarzem w leśnej chatce był najprawdopodobniej właśnie Duch Lasu, a kraina, w której czas płynął inaczej – zaświatami. W bajkach ludowych można zauważyć związek znalezienia się bohatera w lesie z rytami przejścia. Ulegają tam bowiem zawieszeniu wszelkie wykładniki ludzkiej egzystencji, a także czas[15]. Warto w tym miejscu również zwrócić uwagę na fakt lokowania większości wczesnośredniowiecznych cmentarzysk właśnie na terenach lasów[16]. Nikt nie ma już chyba wątpliwości, że omawiana postać ma bliski związek ze sferą funeralną.

Kolejną cechą Leszego wartą omówienia jest wydawanie z siebie różnych dziwnych i przerażających dźwięków, takich jak prychanie, muczenie, szczekanie albo miauczenie. Kronikarz bizantyjski Leon Diakon opowiadający o zmaganiach wojennych między Rusią a Bizancjum w 970 roku wspomina o Słowianach, którzy po bitwie mieli zebrać ciała poległych pobratymców, składając w tym czasie rytualne ofiary z pojmanych jeńców, kobiet i mężczyzn, a wydawane przez nich dźwięki w czasie ceremonii pogrzebowej miały napawać prawdziwym przerażeniem greckich żołnierzy. Według relacji nie były to zwykłe zawodzenia czy lamenty, a odgłosy przypominające ryki dzikich zwierząt[17]. Możliwe, że wcielanie się uczestników pogrzebu w dzikie zwierzęta było spowodowane wyobrażeniem boga umarłych jako władcy leśnych bestii. Równie możliwe, że Leon Diakon napisał tak w celach propagandowych, żeby przedstawić przeciwników Bizancjum jako zezwierzęconych barbarzyńców i ich zdyskredytować. Jak było naprawdę, nie wiadomo.

Morowe Powietrze

Wiemy już, które bóstwo było u Słowian uważane za szafarza zdrowia i sprawcę chorób. Pytanie brzmi: jakimi drogami wedle wyobrażeń docierały one do swych ofiar? Słowianie wierzyli, że choroby przenoszone są przez wiatr. Z tak pojętego moru wypływały dawniej niektóre zapobiegawcze wskazówki lecznicze, jak np. rada, aby lekarz badając chorego stał przy oknie, przez które wchodzi wiatr, chory zaś winien leżeć tam, którędy wiatr wychodzi[18]. Jak się przekonamy w dalszej części artykułu: personifikacja wiatru jest ściśle związana z Welesem nie tylko przez powiązanie tego żywiołu z chorobami.

Przyjrzymy się teraz ludowym wierzeniom na temat wiatru. Według Słownika stereotypów i symboli ludowych, do wiatru zwracano się o pomoc w sytuacji nieszczęścia, przywołując go słowami, pieśnią lub gwizdami (sic!), także modlitwami (np. w czasie wypraw morskich). Lęk wzbudzały wiatry silne – przypisywane działaniu diabła, demonów i dusz zmarłych nienaturalną śmiercią, samobójczą (wisielcy, topielcy); wiązano je również z tchnieniem duszy opuszczającej ciało. Oprócz tego wiatr traktowano jako przyczynę wielu chorób. Na Ukrainie napisano o wierzeniu, że jeśli wiatr podwieje ciężarną, może nie tylko przerwać ciążę, ale także doprowadzić do szaleństwa i sprawić, że dzieci będą nienormalne albo niedołężne. Przeciwko wiatru wzywano na pomoc piorun. Wedle wierzeń wiatr powstaje, gdy naruszona zostaje świętość ziemi przez bicie jej jakąkolwiek rzeczą, rwanie trawy, ścinanie jej kijem lub batem bez potrzeby, natomiast wiatr wiosenny powstaje, gdy zima się z wiosną bije[19].

Poświst według wizji Andreya Shishkina, CC BY.

Jak możemy wywnioskować – spersonifikowany wiatr był antagonistą Peruna, którego wzywano na pomoc podczas wichury. Wiatr władał zmarłymi i demonami, mógł doprowadzić do szaleństwa, przywoływano go m.in. przy pomocy gwizdania. Wiał porywiście, gdy “zima się z wiosną biła”, co jest niejako analogią do Leszego i wierzeń na temat jego jesiennej wędrówki do świata podziemnego, podczas której szaleje, wywołuje burze, łamie drzewa, wypędza zwierzęta z nor. Być może owe wiosenne burze i wichury są związane z powrotem Welesa na powierzchnię.

Wyzłocony

Perdoytus – żmudzkie bóstwo wiatrów, które przetrwało w folklorze bałtyjskim – był przedstawiany jako mąż o “złotych włosach i złotych paznokciach u rąk”, zdolny “wyzłacać” ludzi – pozornie zatem przysparzać bogactwa, w rzeczywistości zaś zsyłającym… skrofulozę – gruźlicę węzłów chłonnych – i skrofulodermę – żółtaczkę – u tego, kogo zechciał dotknąć swym palcem. Nasuwa się automatyczne skojarzenie z Powieścią minionych lat, w której wspomniano, że podczas zawierania traktatów przysięgała na Welesa “cała Ruś”, a karą za niedotrzymanie przysiąg miało być “wyzłocenie jak złoto” (skrofuloza)[20].

Perdoytus był “panem wiatrów” przebywającym w jaskini na dnie morza lub swojej powietrznej siedzibie, w pełni świadom wszystkiego, co się wszędzie dzieje (cechowała go więc wszechwiedza). Posiadał dwa oblicza i dwie osobowości – potrafił przynosić dzieci oraz zabierać życie. Pojawiał się wówczas w postaci “dzikiego jeźdźca”, zwiastując nieszczęścia i śmierć. Dosiadać miał ośmionogiego rumaka o dwóch głowach uzbrojonych w rogi, co nasuwa skojarzenie z koniem Odyna Sleipnirem, po raz kolejny nawiązując do motywu boga władającego magią[21].

Istnieje też huculskie podanie o tym, jak spętany przez Boga Aryndyk uwolnił się z dwunastu łańcuchów i wydostał się na powierzchnię, wywołując wichury i burze:

Arydnyk znowu o mało się nie uwolnił. Huculi przysięgają, że widzieli go, jak leciał pomiędzy obłokami na białym koniu. Taki był wielki i przerażający, czarny. wstrętny, że aż strach! Ludzie myśleli, że nadszedł koniec świata. Leciał obłokami w gromach i błyskach. Gdy przeleciał nad lasem, to drzewa tak położyło, jak trawę pod kosą. A smerekami tak tarlo i tak gwizdało, że przebudzeni ludzie byli niemal pewni, że ginie świat. Gdy przelatywał nad chatą, to zrywało dach i niosło Bóg jeden wie gdzie[22].

Rzecz jasna zarówno w mitologii słowiańskiej, jak i bałtyjskiej, istnieli inni bogowie opiekujący się wiatrami. Jednym z nich zdaje się być Weles w postaci władcy “złego wiatru” o dwóch obliczach przebywającego w jaskini na dnie morza (czyli w zaświatach) lub swojej powietrznej siedzibie, do którego modlono się w czasie wypraw morskich i który potrafił “wyzłocić jak złoto”.

Słowiański Pan Morza

Jeśli Weles potrafi pojawić się w postaci wiatru i przebywa na dnie morza, dobrze byłoby w poszukiwaniu kolejnych analogii przyjrzeć się słowiańskim postaciom mitologicznym związanym z tym właśnie żywiołem.

W wierzeniach kaszubskich istnieje postać bóstwa morza o imieniu Szôlińc zwanego także Gòsk. Dariusz Szymikowski pisze:

W tym gronie niezwykle ciekawą postacią jest Szôlińc. Według dawnych wierzeń mieszkańców Kępy Żarnowieckiej – stwierdził Jerzy Samp – demon ten ukrywa się w niedostępnej krainie wiecznych mrozów, przebywając prawie zawsze w lodowych grotach, aż na samym biegunie północnym. Kiedy jednak wypływa na powierzchnię morza, to wówczas pojawia się sztorm. Dusze rybaków, którzy zginą w czasie sztormu, przemieniają się w ptaki (mewy, rybitwy, albatrosy) i unoszą się ponad falami. Kaszubi określają ofiary okrutnej działalności tego diabła morskiego mianem mòrzkùlców: Kiedy morze ryczy przeraźliwie podczas sztormów wiosennych, oznacza to – jak relacjonuje kaszubskie wierzenia Jerzy Samp – potępieńczy krzyk morzkulców. Gdy wdziera się w wysokie skarpy klifowego brzegu, powodując obrywanie się całych masywów, to jakby Szôlińc powstrzymywał ich przed ucieczką na ląd. A kiedy przed nastaniem nocy świętojańskiej zdarza się, że ktoś, nie bacząc na powtarzane od stuleci przestrogi, zażywa kąpieli morskiej, wróży mu to śmierć. Człowiek taki nigdy już nie wyjdzie z wody. W literaturze kaszubskiej Szôlińc jest znany także jako Gòsk[23].

Przypomnijmy dla porządku, że według mitu kosmogonicznego, który w schrystianizowanej formie przetrwał jeszcze do XIX i XX wieku:

Na początku nic nie było poza niebem i morzem, Bogiem, który płynął łodzią i diabłem wyłaniającym się z piany morskiej, który przysiadł się do Boga[24].

Na Kaszubach św. Mikołaj (Miklosz, swiãti Mikòłôj), który w folklorze przejął po chrystianizacji funkcję Welesa[25], ratował rybaków pływających po wzburzonym morzu[26]. W kontekście tematu niniejszego artykułu warto przypomnieć, że choroby i inne negatywne postacie demoniczne według wierzeń brały się właśnie z morza. Mówi o tym chociażby ta zamowa:

Wyszedł Nieżyt ze suchego morza, i wyszedł Jezus z niebios. Rzecze doń Jezus: ”Dokąd idziesz Nieżycie?” Rzecze mu Nieżyt: ”Tu idę, Gospodynie, w człowieczej głowie mózg suszyć, kości łamać, uszy ogłuszyć, oczy oślepić, krew przelewać, usta wykrzywiać, żyły umartwiać, biesami je męczyć.” I rzecze mu Jezus: ”Wracaj Nieżycie, idź w puste góry i pustynie, znajdziesz tam jelenią głowę. Zagnieźdź się w niej, bo ona wszystko ścierpi. Idź w kamienie, bo one wszystko ścierpią. Zimno i znój, wszelką nędzę, bo one silne są to znieść. Nieżycie, tu nie twoje siedlisko! Odejdź od bożego kmiecia!” [27]

Jest też inna zamowa, w której św. Mikołaj występuje jako władca morza, upiorów i magii (uroków):

Na morzu, oceanie stoi krzesło / Na złotym krześle siedzi św. Mikołaj / Trzyma złoty łuk / Naciąga jedwabną cięciwę / Nakłada hartowaną strzałę / Będzie strzelał rzucone uroki i zjawy / Będzie strzelał ojcowski zamysł / I matczyny zamysł, i zamysły braci / Zamysły wszystkich ludzi[28].

Więc widzimy również i tutaj postać Welesa jako władcy morza ratującego tych, którzy wzywają jego pomocy, i karzącego okrutnie osoby łamiące zakaz kąpieli przed nastaniem nocy świętojańskiej. Topi wówczas nieszczęśników zamieniając ich w demony sztormów zwane mòrzkùlcami. Wypływa na powierzchnię podczas sztormów wiosennych (związek z wierzeniami na temat wiatru, który dmie przeraźliwie, gdy wiosna się z zimą bije, jest oczywisty), powstrzymując uwięzione przez siebie dusze przed ucieczką na ląd. Siedzi niekiedy na złotym tronie w zaświatach i strzela złotymi strzałami, którymi są choroby i zjawy.

Mikołaj z Miry, Ikona Aleksa Pietrowa z 1294, domena publiczna.

Na marginesie warto zwrócić uwagę na jeszcze jeden istotny szczegół: kaszubski Szôlińc według artykułu Dariusza Szymikowskiego ukrywa się w niedostępnej krainie wiecznych mrozów, przebywając prawie zawsze w lodowych grotach, aż na samym biegunie północnym. Wedle innych opowieści wierzeniowych starych Kaszubów Mróz to siny byk z długimi rogami uwiązany na grubym powrozie gdzieś w głębokiej Rusi, któremu co pewien czas udaje się urywać powróz i zbiec. Z jego pyska wieje ziąb ścinający jeziora i strumienie. Lepi sople z kropli kapiących z dachu. Wszyscy przed bykiem uciekają do chat, by nie przebił ich rogami, a zimnym ozorem nie lizał po twarzy i gołych rękach[29]. Szôlińc w takim układzie byłby nie tylko władcą morza, ale również bogiem bydła rogatego, który w krainie wiecznych mrozów, gdzieś na końcu świata posiada sinego byka uwiązanego na grubym powrozie będącego zoomorficznym wcieleniem Mroza. Motyw jest bardzo podobny do wstępu z jednej z bylin staroruskich:

Wędrowały tam tury do sinego morza. I popłynęły tury przez sine morze, i dopłynęły tury do Bujan-wyspy. Wyszła ku nim turzyca złotoroga, złotoroga turzyca wita jednoroga, bo ona im turzyca jest rodzoną matką.

— A witajcie mi tury, tury złotorogie, / Złotorogie wy tury, wszystkie jednorogie. / Gdzieście tury bywali i coście widzieli?[30]

W Polsce Zorian Dołęga-Chodakowski zanotował kolędę o turze złotorogim, która opowiada o polowaniu na to mityczne zwierzę w czasie zimowego przesilenia[31]. Być może mamy tu do czynienia z pozostałościami mitu o “bogu bydlęcym” mieszkającym w sinym morzu na Bujan – wyspie leżącej gdzieś na krańcu świata, w krainie wiecznych mrozów – gdzie posiada uwiązanego na grubym powrozie złotorogiego byka lub tura (albo ich stado), któremu cyklicznie udaje się urywać powróz i zbiec, wywołując zimę.

Podsumowanie

Aby podsumować wszystko to, co zostało powiedziane…

Spróbujmy sobie wyobrazić postać Welesa, który wraz z nastaniem wiosny opuszcza królestwo podziemne szybując na białym, ośmionogim rumaku w towarzystwie przeraźliwego ryku fal mieszającego się z krzykami potępieńców uwięzionych w głębinach wód. Rozstępuje się wtedy morze, a siwy starzec leci obłokami w gromach i błyskach. Widać wtedy na niebie Jednookiego, którego oko błyszczy jak gwiazdy i płonie jak ślepia dzikiego zwierzęcia.

Schodzi następnie do lasu, czasem przybierając postać leśnego smoka, innym razem pojawia się jako siwy, kulawy starzec odziany w biel w towarzystwie zwierząt i ptaków. W sercu jego dzikiego królestwa, w środku ciemnego lasu, gdzie nikt się nigdy nie zapuszcza, a okropne moczary błotne ciągną się na mil kilkanaście; gdzie siedzą najstraszliwsze gady – węże o stu głowach i smoki zgrzytające zębami. Zwierzęta, co mają oczy jak błyskawice, i ogromne ptaki, co krzyk czynią przeraźliwy, latając niby dzikie gęsi.

Weles wie wszystko, wszystko widzi i wszystko słyszy, znając z góry los każdego człowieka, przez co nikt nie uchroni się przed jego osądem. Osoby łamiące boskie prawa karze kalectwem i chorobami, nasyła na wszeteczników zjawy i upiory. Tych, co łamią zakaz kąpieli przed Kupałą, zamienia w demony sztormów, zaś osoby zbyt głęboko zapuszczające się w las – w demony zimowych burz; on też rządzi umarłymi.

Gniewa się, gdy ktoś wymawia jego imię bez potrzeby i nie pozostawia takich bez kary. Pomaga zaś tym, którzy powierzają mu swoje życie i wzywają pomocy. Patronuje kapłanom, ucząc ich znachorstwa i sztuk czarodziejskich, nigdy jednak nie wyjawia wszystkich swoich sekretów…

Na koniec zacytuję jedno z bardziej optymistycznych dla nas podań zamieszczonych w pracy Oskara Kolberga z regionu poznańskiego, w którym zapewne Weles – tym razem określany jako “duch gór” – wysłał gady, aby uwolniły ludzi od zarazy:

Chłop jeden siedział na polu i biadał nad nieurodzajem, na jaki się właśnie zanosiło. Wtém głos jakiś szepnął mu do ucha to wyrazy: “Weź mnie i ponieś po kraju, do każdéj wsi i miasta, a będziesz żył, równie jak i twoja rodzina, będziesz możnym, i we wszystko obficie zaopatrzonym, bo ja jestem wszechwładna Śmierć, a będąc nią, oszczędzić cię mogę”. Chłop nie widząc żywego ducha, zawołał: ukaż się! Wówczas stanęła przed nim postać w bieli. Była to Niewiasta. Wziąwszy ją tedy na plecy, pobiegł w świat. Była lekka i milcząca, i tylko wołała, kiedy zaszli nad brzeg rzeki: Stój, nie przez wodę, bo byśmy oboje zniknęli! Gdzie z nią przeszedł, wszędzie tam ludzie padali jak muchy. Aż wreszcie zmęczony i stęskniony. wrócił do domu, ale i tu, nie dotrzymując paktu, zabrała mu śmierć żonę i dzieci. Wówczas zrozpaczony, pobiegł nad brzeg źródła i trzymając mocno zarazę na plecach, rzucił się we wodę i utonął. Zaraza przecież nie poszła z nim na dno, bo jako lżejsza podniosła się nad wodę; odwagą wszakże chłopa zrażona, uciekła i ukryła się w wąwozy karpackie, gdzie przeszło sto lat mieszkała po jaskiniach, płodząc gnomów i karłów. Ale duch gór, nienawistny jéj, potworzył mnóstwo wężów, jaszczurek i ropuch, które zdrowém gór karmione powietrzem, wygnały ją ztamtąd, a następnie popełzały za nią na niziny, by ludziom zdrowie przynieść i od nich zarazę odpędzać[32].

Autor artykułu: Patryk Paterek
Korekta: Jakub Moroński
W ramach iSAP – Słowiańska Agencja Prasowa
CC BY- SA 3.0

Literatura